niedziela, 10 kwietnia 2016

PRZEDPREMIEROWO: "Grimm City. Wilk!" - Jakub Ćwiek


"Grimm City. Wilk!" - Jakub Ćwiek
Baśnie i bajki towarzyszą każdemu niemalże od dziecka. Postacie są zazwyczaj przedstawione przyjaźnie, a charaktery złe działają na młodzieńczą wyobraźnię wzbudzając przerażenie lub strach (nie bez powodu przez długie lata myślimy, że pod naszym łóżkiem są potwory!). Jakub Ćwiek przeczy jakimkolwiek normom o milusińskich i pomocnych stworkach, krasnalach czy książętach na białym koniu…

Witajcie w Grimm City. Mieście przegniłym korupcją, brudnymi interesami, a z drugiej strony przesyconym szarością dniówki lub gdzieniegdzie czarną rozpaczą. Mieście, gdzie każdego dnia napotykasz na swojej drodze deszcz, a na ulicach czyha nowy gracz – Czerwony Kapturek.

"Grimm City. Wilk!" - Jakub Ćwiek
 Z pomysłem na wykorzystanie w książce postaci bajkowych spotykam się pierwszy raz. W powieści Jakuba Ćwieka motyw Czerwonego Kapturka został wykorzystany w złym tego słowa znaczeniu. Nie jest to niewinna dziewczynka w czerwonym płaszczyku, jaką znamy z dziecięcych opowieści, a rosła kobieta działająca na własnych zasadach i według swojego planu. Pomimo że czytelnik od początku poniekąd wie, kim jest ta dana osoba działająca pod przykrywką, to jednak, aby się dowiedzieć, czy Kapturek zostanie złapany i zdemaskowany przez policję, musi czekać do końca.

"Grimm City. Wilk!" - Jakub Ćwiek
Fabuła jest poznawana z perspektywy różnych osób. Raz – muzyka Alfreda Moore’a (lub po prostu Alfiego), później – bogacza Eugena Dragosavalija, a jeszcze kiedy indziej – agenta McShane’a. Każdy sprawę zabójstw widzi w inny sposób. Jeden przeżywa wszystko bardziej emocjonalnie, inny najzwyczajniej w świecie rozwiązuje sprawę jak pracę domową. Ale jedno jest pewne – żadna z przedstawionych jednostek nie jest zrzucana na drugi plan, ale również ma nawet najmniejsze znaczenie w zakresie fabularnym książki. Pomimo że nie jest się w stanie wybrać postaci ulubionej, to jednak każda wzbudza mniej lub bardziej pozytywne bądź negatywne emocje. Charaktery zostały przedstawione dosadnie i wyraziście, i właśnie dlatego wszyscy grają pierwsze skrzypce w Grimm City. Nawet rzekomo nic nieznaczący muzyk Alfie może przyczynić się do rozwoju wydarzeń.

„Grimm City. Wilk!” jako pierwsza pokazała mi twórczość Jakuba Ćwieka. Byłam bardzo zaskoczona jego bezpośredniością; używanie naprawdę wielu adekwatnych do sytuacji przekleństw, prezentowanie postaci w niczego sobie sposób: „duży łeb, brzydka morda” czy po prostu nazywanie rzeczy po imieniu. Czyli jeśli dana osoba uważała kogoś za nieco głupszego, od razu nazywała go „kretynem”. Pomimo tej wulgarności, polubiłam język, jakim autor się posługiwał. Nie raz wywoływało to uśmiech na mojej twarzy.
Tak samo ciekawym zabiegiem było samo przedstawienie Grimm City. Zdecydowanie można nazwać to fantastyką. Książka kompletnie różni się od wielu polskich czy zagranicznych fantastycznych kryminałów – nie zawarto powszechnych nazw ulic czy dzielnic, a przez tutejszych mieszkańców są nazywane między innymi jako „Pępek”, „Flaki” lub „Gangrena”. Taka sama sytuacja jest z banknotami. Nie ma złotych czy dolarów, lecz dijmarowe file, natomiast bogiem nie jest Bóg, a Bajarz. Takich elementów jest w bród, jednak aż za wiele, by o tym pisać, dlatego mam nadzieję, że sami zechcecie zapoznać się z niezwykłą historią, jaką wam daje Jakub Ćwiek. 




ZA UDOSTĘPNIENIE KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU
 

2 komentarze:

  1. Trzeba przyznać, że książka przyciąga okładką :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, Ćwiek baśniowość i mitologię zdaje się uwielbiać ;D I dobrze, bo ja osobiście taki klimat po prostu uwielbiam. Długo nie trafiałam na fajne urban fantasy, a tu proszę, jest jak znalazł ;)
    drewniany-most.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń